Już wiemy, że na takim skalistym wybrzeżu nie ma cię co pchać autem, żeby zobaczyć okolicę. Ciasno, trasy kręte, w miasteczkach nie ma gdzie zaparkować, tu sprawdzają się jedynie skutery i motocykle. Jednak żeby dotrzeć do Amalfi plan wyjazdu był tym razem bardziej wymagający: z kempingu w Pompejach pojechaliśmy pociągiem do Sorrento, stamtąd zafundowaliśmy sobie rejs szybkim katamaranem wzdłuż wybrzeża, mijając po drodze Capri, z przystankiem w Positano aż do Amalfi. Przez ponad godzinę piękne widoki, dodatkowo na morzu przyjemniej znosić upały. Taki rejs to atrakcja sama w sobie, strzał w dziesiątkę😊
A Amalfi? Jeszcze bardziej cytrynowe niż Limone sul Garda. Tutaj sorbet cytrynowy podawany standardowo w cytrynie był konieczny (kwaśny, ale bardzo orzeźwiający). Spędziliśmy kilka godzin błąkając się po uliczkach, pokonując setki schodków, tunele i zaglądając do sklepików z miejscowymi wyrobami. Po południu powrót statkiem, tym razem na górnym pokładzie z otwartą przestrzenią bez okien. Udało się nam zająć świetne miejsca, znowu od strony wybrzeża, w sam raz do robienia fotek i filmików. Ale żeby nie okulary na nosie, nic byśmy nie widzieli, tak silnie wieje w czasie rejsu 😉
Wróciliśmy do Sorrento jeszcze przed zachodem słońca, ale wybrzeże i miasto już nabrały innych, ciepłych barw. Sorrento jest również godne uwagi, wydało się nam bardzo eleganckie w porównaniu z Amalfi, może ze względu na ładnie oświetlone restauracje o zmierzchu. Krótki spacer z przystani na dworzec, jeszcze tylko przejazd pociągiem (z niewiarygodnie hałaśliwą włoską młodzieżą) i jesteśmy na kempingu. Jutro odpoczywamy i solidnie nadrabiamy zaległości w pracy, a pojutrze zawracamy, bo w Amalfi osiągnęliśmy 50% naszej podróży. Przed nami Adriatyk, ahoj! M&P


























































Dodaj komentarz